ZOMO - bijące serce partii

Minęło właśnie 20 lat, odkąd "bijące serce PZPR" przestało bić demonstrantów, bo zostało zlikwidowane. ZOMO to ciągle jedna z największych tajemnic PRL, choć właśnie ta formacja przez dziesięciolecia była najbardziej widocznym i znienawidzonym obrońcą tamtego ustroju, pokonując opór Solidarności w pierwszych dniach stanu wojennego. Po 20 latach ZOMO jest dzisiaj elementem historycznego folkloru, w którym mieszczą się takie niezapomniane powiedzonka, jak "Ani ixi ani omo nie wypierze tak jak ZOMO", "Wstąp do ZOMO, zanim ZOMO wstąpi do ciebie". Ale są wśród nas ludzie, u których, mimo upływu 20 lat, ta formacja wywołuje ciągle wspomnienia nie do wybaczenia - pisze Marek Bartosik

Masz zdjęcie do tego tematu? Wyślij

(© J. Rydzewski)

Kiedy niedawno jechaliśmy naszymi nysami z Warszawy do Piaseczna, omal nie doszło do trzech wypadków. Inni kierowcy na widok tych samochodów gwałtownie zatrzymywali się, próbowali robić zdjęcia, traktowali nas jak atrakcję - opowiada Przemysław Witowski, szef warszawskiej grupy rekonstrukcyjnej, która wciela się w oddział ZOMO.

Przebrani w mundury moro, w hełmy z przyłbicami, plastikowe tarcze, długie pałki - od kilku lat 13 grudnia wystawiają oddział zwarty na ulicach Warszawy, wyglądający tak, jak w latach stanu wojennego. Grupa występowała w filmie "Popiełuszko", a ostatnio w "Domu złym". Ma m.in. dwie oryginalne nysy używane przez MO, które tym różniły się od cywilnych aut tej samej marki, że z obu stron miały rozsuwane drzwi. - Robimy to w celach edukacyjnych i nie pamiętam, żebyśmy spotkali się z jakimiś negatywnymi reakcjami. Ludzie traktują nas raczej jako ciekawostkę. Czasem ktoś powie do dziecka: "O, taką nyską mnie wieźli" - opowiada Witowski.

Nie przebaczam

Na taki sposób myślenia o ZOMO nie potrafi się zdobyć Ryszard Majdzik, jeden z najciężej doświadczonych przez aparat ucisku PRL działaczy Solidarności. - Ja nie przebaczam - mówi. - Dla chleba się nie zabija. A ci, którzy szli do ZOMO, mogli odsłużyć wojsko jako pielęgniarze w szpitalu. Nie musieli zostać komunistycznymi sługusami.

Pamięta doskonale 1 maja 1983 roku, kiedy na ulicach Nowej Huty widział, jak zomowską petardą dostał 29-letni Ryszard Smagur.
∨ Czytaj dalej



Na agonię robotnika patrzył z bliska Jan L. Franczyk, uczestnik tamtego protestu.

- 1 maja 1983 roku ukrywaliśmy się w tzw. przełączce między blokami osiedla Krakowiaków w Nowej Hucie. ZOMO strzelało do nas granatami z gazami łzawiącymi - opowiada. - Zaczęliśmy uciekać. Popatrzyłem do tyłu i zobaczyłem, jak dwóch mężczyzn biegło, ciągnąc słaniającego się na nogach człowieka. Okazało się, że prowadzą rannego, którego położyli na trawniku koło restauracji "Teatralna". Z przerażeniem zobaczyłem, że w szyi ma dziu-rę wielkości pięciozłotówki. Ranny nie mógł powiedzieć ani słowa, tylko charczał. Na moich oczach jego twarz robiła się coraz bledsza, aż w końcu stała się niemal biała. Po raz pierwszy zobaczyłem, jak życie uchodzi z człowieka, to było przerażające. Nie wiedzieliśmy, jak zatamować krwotok. Szybko przyjechało pogotowie, ale wtedy ZOMO znów zaczęło nas ostrzeliwać gazami łzawiącymi, więc zostawiliśmy go z załogą karetki, która zawiadomiła erkę. Pojawiła się po kilku minutach, ale Smagur zmarł w drodze do szpitala.

Mieczysławowi Gilowi, przywódcy nowohuckiej Solidarności, dalej stoi przed oczami widok kompletnie zdewastowanego przez ZOMO pokoju komitetu strajkowego w Hucie Lenina, ze zrzuconym na podłogę i zniszczonym portretem Jana Pawła II.

Pacyfikatorzy

Nie zesrałem się wtedy ze strachu, ale przyznaję, że się popłakałem. Całe życie stanęło mi przed oczami - mówi z kolei ówczesny zomowiec, który podczas jednej z akcji został wysłany starem-66 do magazynów w komendzie po gazy łzawiące i petardy, które zomowcom się skończyły.

Kiedy w drodze powrotnej samochód był w ówczesnej alei Lenina, dostali przez radio informację, że droga jest czysta.

- Nagle okazało się, że przed nami są jakieś dwa tysiące ludzi, a z tyłu tyle samo. Bałem się potwornie. Dopiero po tramwajowym torowisku udało nam się ominąć barykadę i uciec. Wtedy zacząłem tak naprawdę zastanawiać się, co ja tam robię - opowiada. Ale w ZOMO został do końca.

Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej największą próbę w swojej historii przeszły 31 sierpnia 1982 roku.

W rocznicę porozumień sierpniowych demonstranci wyszli na ulice 66 polskich miast w 34 województwach. W gwałtownych walkach ulicznych w całym kraju zginęło 8 osób, w tym 3 w Lubinie. Zatrzymano tego dnia 5.131 osób. We Wrocławiu demonstrowało 50 tys. osób, naprzeciwko których stanęło ponad 4 tys. zomowców i wojska.

Kilka miesięcy wcześniej to siły liczące 30 tys. milicjantów, w większości tworzących oddziały ZOMO, przy biernej na ogół asyście 70 tys. żołnierzy, złamały strajki okupacyjne, jakie wybuchły w największych zakładach pracy, także na Śląsku, po ogłoszeniu przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego stanu wojennego.

Milicjanci i żołnierze, którzy mieli do dyspozycji 1.750 czołgów i 1.400 pojazdów opancerzonych, opanowywali w poszczególnych częściach kraju kolejne punktu oporu, by przerzucać siły do kolejnych miejsc.

Do 15 grudnia zlikwidowano strajki w Ursusie, Hucie Warszawa, na Żeraniu, a we Wrocławiu m.in. w Pafawagu, Dolmelu, Hutmenie i Polarze. Szturmy w nocy z 15 na 16 grudnia złamały Hutę Lenina i fabrykę WSK w Świdniku. 16 grudnia 1981 r. po trzech próbach ZOMO udało się ostatecznie spacyfikować stocznię w Gdańsku.

Do tego samego dnia zlikwidowano strajki kopalń na Śląsku, w tym na Wujku, gdzie pluton specjalny ZOMO zastrzelił 9 górników. Do 17 grudnia złamany został też opór górników w Zagłębiu Miedziowym.

Kiedy tak obroniony socjalizm dokonywał w 1989 roku żywota, pierwszym elementem aparatu przemocy przeznaczonym do likwidacji było właśnie ZOMO. Gen. Czesław Kiszczak w sierpniu 1989 roku zapewniał szefów milicji i SB w województwach, że choć premierem nie został on, ale katolik Tadeusz Mazowiecki, to jednak sytuacja jest pod kontrolą.

- Mówił, że wystarczy kilka gestów. Jednym z nich miała być likwidacja ZOMO - mówi Krzysztof Kozłowski, od 1990 roku następca Kiszczaka na stanowisku szefa MSW.

- To decyzja wtedy oczywista, bo ZOMO było najbardziej znienawidzoną częścią aparatu przemocy - mówi historyk Instytutu Pamięci Narodowej, Antoni Dudek.

Pachołki Moskwy

Historia ZOMO zaczęła się w 1956 roku, po poznańskim Czerwcu, czyli powstaniu, w którym zginęło 57 osób. W Poz naniu okazało się, że Milicja Obywatelska jest zupełnie nieprzygotowana (nie była wyposażona nawet w pałki) do tłumienia demonstracji ulicznych, a te zdarzały się coraz częściej, choć już była październikowa odwilż i władzę objął Władysław Gomułka.

W listopadzie 1956 roku doszło do zamieszek w Bydgoszczy, a w grudniu w Szczecinie, gdzie demonstranci zdemolowali konsulat ZSRR.

Jeszcze przed końcem tego roku rząd kierowany przez Józefa Cyrankiewicza postanowił o utworzeniu ZOMO.

"Zjechała policja, zachowała się brutalnie, biła gumowymi pałkami. Gdyby nie zjawiła się, tłum sam rozszedłby się, bo nie było nastawienia na jakąś awanturę. Wywiązała się bójka, pałki, gazy łzawiące, no i dużo ofiar. Niesłychana masakra".

"Milicjanci wyprawiali to, co gestapo, hełmy na głowach, na pyskach maski, zaślinione mordy. Zasłużyli sobie na to, że ich nazwali gestapo, faszyści, NKWD i pachołki Moskwy".

Tak świadkowie opisywali - w prywatnych listach, przejętych przez SB, a potem opublikowanych przez historyka Konrada Rokickiego - wydarzenia, do jakich doszło na początku października 1957 r. w Warszawie.

Przez pięć dni trwały wtedy demonstracje studentów przeciwko zamknięciu tygodnika "Po prostu". Protesty były gwałtowne. Studenci budowali barykady, ZOMO stosowało pałki i gaz łzawiący. Dochodziło do wymiany strzałów z broni palnej.

strona: 1 z 2 następna strona »
Marek Bartosik, Tomasz Borówka Marek Bartosik, Tomasz Borówka
źródło: Dziennik Zachodni

Komentarze (9)

avatar
avatar
gryz (gość)

Słaba znajomość tamtych lat- hipotezy, domysły itp. Jak się nie wie co to ROMO- pisze , że to Ruchome Odwody MO a ja wiem, że to były Rezerwowe OMO. Szkoda gadać. Stek bzdur.

avatar
Mieciu (gość)

Nie był czystym ZOMO-wcem, ale służył w wojsku w latach 80 i chętnie jechał pacyfikować kopalnie na Śląsku. I wcale bierny nie był (to wiem z opowieści jego i innych). Dostali "rozkaz" i szli kopać i bić na oślep. Dostali "błogosławieństwo" od dziadków na wyżycie się ("sztab na bromie oszczędzi" śmiali się)...sam szczyci się tym jak skopał d*** jednej kobiecie wrzeszczącej coś do nich. Wielce chwalebne...Dziś jest szczęśliwym emerytem (wczesnym-bo "górnik" pełną mordą). Szlag mnie trafia, bo dla takich jak on jest jedno miejsce. DNO tego świata!

avatar
mathias (gość)

w dzisiejszej policji, ochronie a dodatkowo biorą sowite wczesne emeryturki. Takiego raju dla byłych utrwalaczy nie ma w żadnym postkomunistycznym kraju w Europie. Ale żaden naród nie jest tak głupi jak Polacy.

avatar
adams (gość)

Czy ktoś policzył ilu ludzi zostało wysłanych na \"tamten świat\" lub było prześladowanych przez kościół katolicki tylko za to że mieli inne poglądy ?
Popatrz jaka agresja jest w ludziach rydzyka !

avatar
amen (gość)

Partii Obłudy,a wiesz je.busie ilu Polaków zamordowali UB-ecy po wojnie,wiesz je.busie kto ich do dziś chroni?

avatar
Jacek (gość)

Wiadomo jakiej. To takie przetłumaczenie na dzisiejsze czasy, dla młodych co nie znają tamtych czasów :)

avatar
przypadkowy gość (gość)

Ciekawy "felieton".Mnie tylko jedno ciekawi: jak nazywają się obecne siły porządkowe,które pełnymi garściami czerpią "umiejętności" do rozprawy z demonstrującymi - vide pielęgniarki.Jednego nie mogę zarzucić współczesnym ZOM....,a mianowicie udoskonalenia technik operacyjnych i nowego sprzętu - co nie znaczy,że nie można wybić oka przypadkowemu dziennikarzowi."Czasem" zdarzają się "pomyłki" typu zamiany pocisków do broni gładkolufowych.Panie red. proszę ogłosić konkurs na nazwę dla TYCH demokratycznych jednostek DEMOKRATYCZNEGO PRZYMUSU.Może internauci mają jakieś pomysły.Ciekawe?

Wybierz kategorię