Jak Michał został michałkiem, czyli o słodyczach z PRL-u

Najbardziej lubimy słodycze, które dobrze znamy. W żadnej innej branży nie przetrwało tyle marek znanych z czasów PRL, które do dzisiaj są przebojami. Ale skąd wzięły się nazwy naszych ulubionych michałków, wafelków prince polo, pianek ptasiego mleczka, batoników Danusia i wielu innych? Próbuje tego dociec Grażyna Kuźnik.

Ach, michałki, o które toczono wojny prawne i nieprawne. Były nawet aresztowane przez policjantów, co nie zdarzyło się innym cukierkom. A wszystko dlatego, że każdy chce produkować te przysmaki nadziewane masą kakaową i mielonymi orzechami, oblane pyszną czekoladą. Stawiane przez rodaków ponad inne pomadki.

Każdy sukces ma wielu ojców, więc nazwa michałków również. Zakłady "Śnieżka" w Świebodzicach twierdzą, że powstały u nich i tu wymyślono nazwę. Ale wiadomo też, że michałki pierwsza produkowała siemianowicka "Hanka" i jej słodkie dziecię właśnie tutaj otrzymało imię.

"Śnieżka" chwali się na swojej stronie internetowej, że niejaki Michał zakochał się w młodej pracownicy Jance Miodek, zresztą krewnej prof. Jana Miodka. Chłopak wciąż wystawał w bramie fabryki i czekał na dziewczynę. Na cześć tej miłości nowe cukierki nazwano właśnie michałki. Ale dlaczego nie janeczki? Co o tej historii sądzi sam prof. Jan Miodek?

- Żona mojego stryja, Janina Sajkiewicz-Miodek, była w świebodzickiej "Śnieżce" główną technolożką przez wiele lat - przyznaje prof. Miodek. - O swym "wynalazku" często mówiła. Ale o żadnej miłości, Michale, nie słyszałem. Ciotka zmarła w sierpniu roku 2007 w wieku lat 80.

W poszukiwaniu tajemnic sukcesu michałków, zdążył dotrzeć do niej nasz kolega z "Gazety Wrocławskiej" Jacek Antczak. Reportaż o michałkach opublikował w reporterskiej książce. Pani Janina powiedziała mu: "Mówią, że jakiś Michał przychodził pod bramę Śnieżki do dziewczyny? Nic takiego nie pamiętam, bajki jakieś opowiadają w tych Świebodzicach. Ale jak opowiadają, to niech pan w bajki wierzy, w każdej jest jakieś ziarno prawdy."

- Niczego nie rozstrzygam - śmieje się dzisiaj Jacek. - Można dalej szukać prawdziwego Michałka.

I wygląda na to, że go znaleźliśmy. To Michał Tabaka, dzisiaj rzecznik siemianowickiego magistratu. W latach 70. jego ojciec kierował zakładem "Hanka".

- Z rodzinnych opowiadań wiem, że kiedy pojawiła się nowa receptura cukierka, w zakładzie odbyła się burza mózgów, jak je nazwać. Padały różne propozycje. W końcu ktoś zapytał ojca: "Panie inżynierze, panu się przecież właśnie urodził syn. Jak mu pan dał na imię?". Tato odpowiedział, że Michał. I tak cukierki nazwano michałkami - opowiada Michał, dawniej nasz redakcyjny kolega. Dodaje, że sam za słodyczami nie przepada, za michałkami również.

O wiele trudniej znaleźć źródło innego polskiego smakołyku, znanego na całym świecie wafelka prince polo, który powstał w 1955 roku. Słownik co prawda podaje, że była taka gra podwórkowa, ale dzisiaj nikt o niej nie pamięta. Firma Kraft Jacobs, która teraz produkuje prince polo, podkreśla, że wafelek wymyślono w cieszyńskich zakładach "Olza". Od razu był taki pyszny, że nazwano go prince, książę. Ale ponieważ nie były to czasy przychylne arystokracji, dodano mu ni stąd, ni zowąd słówko polo. Brzmiało zachodnio i elegancko. Do dzisiaj się podoba.

Nie bez powodu najsławniejszy wafelek powstał właśnie w Cieszynie. "Olza" miała jeszcze przedwojenne wafelkowe tradycje. Dr Jan Schramek z USA na stronie Forum Żydów Polskich wspomina rodzinną fabrykę ojca "Bracia Schramek - Tip-Top" w Cieszynie, która po wojnie stała się "Olzą". Schramkowie rozpoczęli wyrób wafli w 1921 roku, w domu przy ul. Głębokiej 42. Ich wafelki i batoniki sprzedawały się w całej Polsce. W 1948 roku zakład przejęło państwo, ale nadal wypiekał swoje wafelki.

Prince polo dociera do Ameryki i smakuje również potomkom braci Schramków. Zresztą - podbija cały świat. Kiedy w 1999 roku do Polski przyjechał prezydent Islandii Ólafur Ragnar Grímsson, powiedział ku naszemu zaskoczeniu: "Całe pokolenie Islandczyków wyrosło na dwóch rzeczach - amerykańskiej coca-coli i polskim prince polo". A byliśmy pewni, że to my wychowujemy się na wafelkach z "Olzy".

Nie tak popularne, ale nadal spotykane w sklepach są cukierki kopalniaki. A właściwie powinno być kopalnioki, bo pochodzą z Górnego Śląska i stąd rozeszły się na cały kraj. Piotr Bikont, znany ekspert kulinarny, napisał w jednej ze swoich książek, że lubił anyżowe kopalniaki i wspomina je z sentymentem. Lubił! W naszym regionie życia nie było bez tych karmelków. Marek Szołtysek, znawca śląskich obyczajów, twierdzi: - W każdym śląskim domu w biksie, krauzie, bojtliku, kastliku, tytce były kopalnioki. Nazwa brała się z czarnego koloru tych cukierków, przypominających bryły węgla. Ale kopalnioki też dlatego, że już od końca XIX wieku, właściciele kopalń rozdawali te cukierki górnikom po szychcie. Robili tak dla ochrony ich zakurzonego pyłem węglowym gardła.

Trzeba też dodać, że były to słodycze typowe dla ówczesnych Niemiec, gdzie karmelki z olejkiem anyżowym czy eukaliptusowym były chętnie, jakby powiedział Ślązak, "mamlane".

- Młodsze, ale jednak z czasów PRL są nasze cukierki tik taki, kasztanki i malaga. Podobno była taka zabawka tik-tak i stąd wzięła się nazwa jednego z nich. Ale skąd nazwy pozostałych, nie mam pojęcia - mówi Katarzyna Kierach, dyrektor marketingu "Wawelu".

Ptasie mleczko to genialny wynalazek, na który wpadł Jan Wedel w latach 30. ubiegłego wieku. Podróżował po świecie, także po Wschodzie i stamtąd przywiózł pomysł na pewną piankę. A może nawet samą piankę, którą w zakładzie rozpracowano i postanowiono jeszcze oblać czekoladą. Powstało wtedy pytanie, jak tę nową pyszność nazwać. Zastanawiano się: "Czego potrzeba do szczęścia człowiekowi, który już wszystko posiada?" albo "Czego brakuje Polakom?" Ktoś odpowiedział, że ptasiego mleczka, i tak już pozostało. O nazwę ptasie mleczko też toczyły się boje. Wojnę o nazwę ptasie mleczko wygrał Wedel. Inni muszą wymyślać podobne nazwy, jeśli chcą produkować pianki. Ich amatorów nigdy nie zabraknie.

W tym samym wieku co ptasie mleczko jest, bardzo szanowana w PRL za swoją uczciwą porcję ziarna kakaowego, wedlowska czekolada "Jedyna". Z respektu dla niej nigdy nawet nie zmieniono opakowania, które dostała w 1930 roku. Jak burza przeszła przez PRL, w roli cennego dodatku do kawy i koniaku, czyli prezentów, bez których mało co dawało się załatwić. A i dzisiaj godnie zdobi sklepowe półki.

Trzeba też wspomnieć o mniej eleganckich krówkach, za którymi Polacy jednak przepadają. Ile te pomadki mogą mieć lat? Pewnie zbliżają się do setki. Pojawiły się w Milanówku, w firmie cukierniczej rodziny Pomorskich. Przed wojną protoplasta rodu Feliks miał praktykę w Żytomierzu na Ukrainie i tam zetknął się z przysmakiem wschodniego pochodzenia. Mleczne ciągutki zachwyciły Polaków. Pakowano je w papierki z wizerunkiem krówek i tak właśnie je nazwano. Historia kołem się toczy. Wróciły na Ukrainę, gdzie się je podrabia pod nazwą Krovki.

Jesteśmy przywiązani do słodyczy, które przypominają nam dzieciństwo. Psycholodzy wiedzą, że kupujemy je impulsywnie, bez planu. I na to właśnie liczą producenci wyrobów czekoladopodobnych. Właściwie dlaczego nie? A co najlepiej pocieszało, gdy zamiast Teleranka ujrzeliśmy pewnego grudniowego dzionka 1981 roku generała?

  • Dziennik Zachodni
Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Więcej na temat:
Więcej na temat:
Więcej na temat:

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować Nie działa? Spróbuj wyłączyć Adblock samodzielnie w ustawieniach.