18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Uzbekistan - "Hello, Bon-bon jest?" cz.2 (26.07.2010)

RedakcjaZaktualizowano 
Alejka mauzoleów na wzgórzu Afrosiab. fot. Asia i Grzegorz Zalescy.
Droga z Buchary do Khivy to pięćset kilometrów pustyni Kyzył-Kum, rozdzielającej dwie oazy, w których życie możliwe jest jedynie dzięki podziemnym wodom. Linii kolejowej na tym odcinku nie wytyczono, podróż autobusem bez klimatyzacji w sześćdziesięciostiopniowym upale może skończyć się ugotowaniem na twardo, zatem jedynym rozsądnym rozwiązaniem, jakie pozostaje jest specjalna taksówka pod nazwą "shared taxi".

Przy tej okazji warto wspomnieć co nieco o uzbeckiej motoryzacji. Jej początki sięgają 1937 roku. Wówczas Stalin postanowił zebrać wszystkich koreańczyków żyjących w Rosji i wysiedlić ich do Uzbekistanu oraz Kazachstanu. Koreańczycy to naród silny - przetrwali pierwsze lata, osiedlili się a w końcu po upadku ZSRR nawiązali stosunki gospodarcze z rządem i sprowadzili do Uzbekistanu markę Daewoo. Oprócz trzydziestoletnich żiguli, Daewoo właśnie wraz z Chevroletem niepodzielnie rządzą na uzbeckich drogach. Nie wiedzieć dlaczego - wszystkie mają biały kolor lecz pomimo wszędobylskiego kurzu pozostają czyste. Kierowcy dokonują w swoich samochodach tylko jednego usprawnienia - wszyscy mianowicie zakładają instalacje gazowe. Albo robią to sami albo zlecają koledze, który choć trochę zna się na budowie silnika. Policji ten problem w ogóle nie interesuje. W rezultacie tego na ulicy powszechnym widokiem są nie tylko "zagazowane" osobówki ale także minibusy (w nich butle umieszcza się na dachu), ciężarówki (mają założonych po 8 butli pod naczepą) a nawet autobusy. Ostatnio jedna z takich "bombek", wypełniona ludźmi wyleciała w powietrze. My też przeżyliśmy chwilę grozy, czując gaz w samochodzie po każdym mikrowybuchu po maską. Usprawiedliwieniem tego niebezpiecznego procederu nie są wcale wysokie ceny paliwa, tylko jego brak. Na ulicach można zobaczyć kilometrowe kolejki samochodów czekających choćby na kilka litrów etyliny. Oprócz gazowych pseudo-instalacji dodatkową "atrakcją" podróżowania w tym kraju są drogi. Kto choć raz miał okazję z nich korzystać, już nigdy nie będzie narzekał na nasze - polskie. Półmetrowe dziury, wyboje, otwarte studzienki kanalizacyjne - to chleb powszedni uzbeckich kierowców. Ale kiedy wydaje się, że po kolejnej dziurze, na którą wpadamy z prędkością stu kilometrów na godzinę, powinniśmy już rozpaść się na kawałki, nasze daewoo sunie dalej, wydając z siebie jedynie ciąg pisków i zgrzytów.

Z pustynią kojarzy się oczywiście jeszcze jeden temat - upał. Po raz pierwszy przekonałem się, że może być niebezpieczny dla zdrowia. Pojęcie siesty, które w przypadku krajów południowej Europy wydawało mi się wykrętem od pracy, tutaj jest niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania organizmu. Po mieście chodzić można od wczesnego rana do trzynastej, a następnie od siedemnastej do późnego wieczora. To nie oznacza, że w tym czasie spacerowanie należy do przyjemności. Już po pięciu minutach od wyjścia z pokoju, obowiązkowo wyposażonego w błogosławioną klimatyzację, człowiek zaczyna się pocić jak w łaźni parowej i co za tym idzie - pochłania wszystkie zapasy wody. Bezwarunkowo trzeba mieć na głowie chustkę, kapelusz albo parasol w ręce, a najlepiej poruszać się jak szpieg z krainy dreszczowców, dotykając ciałem ściany, rzucającej chociażby kilka centymetrów cienia.

Do Khivy dotarliśmy wyczerpani wczesnym popołudniem.. Wbrew podróżniczym zasadom, zdecydowaliśmy się na pierwszy hostel podsunięty przez taksówkarza. Był ogromny i prawie pusty. Brak sezonu zadziałał na naszą korzyść i zwyczajowe targowanie obniżyło cenę o jakieś czterdzieści procent. Po krótkiej drzemce i dwóch litrach wody na głowę byliśmy gotowi wynurzyć się z pokoju.

Khiva - niewielkie miasteczko zamknięte z trzech stron pustynią, a z czwartej - granicą z Turkmenistanem ma piaskowy kolor i niewiele drzew, co potęguje dodatkowo wrażenie gorąca. Wszystko co interesujące dla turysty mieści się w wewnętrznym mieście, otoczonym obronnym murem. Jego stara część, wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco, jest zachowana lepiej niż w Bucharze. Honor należy oddać również Rosjanom, którzy w latach siedemdziesiątych przemienili Khivę w miasto - muzeum i przeprowadzili pierwsze prace restauracyjne. Obecnie większość medres jest w bardzo dobrym stanie lecz tylko kilka z nich spełnia swoje przeznaczenie. Reszta stanowi atrakcyjną lokalizację dla hoteli i sklepów z pamiątkami. Tym bardziej zadziwia krótkowzroczność ówczesnych khanów, przez których budowle te były wznoszone za pieniądze przeznaczone na szpital, drogę czy szkołę. Naiwnie wierzono, że o potędze państwa miały świadczyć bogactwa jego władców. Jeszcze w 1717 roku czuli się oni tak silni, że wymordowali cztery tysiące rosyjskich żołnierzy, którzy przybyli tutaj pomóc w walce z lokalnymi przeciwnikami. Sto pięćdziesiąt lat później Rosjanie zajęli miasto bez żadnego oporu, nie pozostając oczywiście dłużnymi za masakrę sprzed półtora wieku.

Po czterech dniach pobytu na północy Uzbekistanu z ulgą wsiedliśmy do klimatyzowanego wagonu coupe, który miał nas zawieźć do Samarkandy. Dotarliśmy tam nad ranem, kiedy miasto budziło się do życia. Świeże powietrze, jeszcze nie przesiąknięte kwaśnym zapachem potu i spalin zapraszało do przechadzki. Już po pierwszych minutach pobytu uznaliśmy zgodnie, że Samarkanda zdecydowanie wyróżnia się na tle całego kraju. Centrum miasta wokół Registanu zaskakuje czystością uliczek, nowoczesnością (jak na uzbeckie warunki) budynków oraz występowaniem supermarketów z czymś na kształt "zróżnicowanego asortymentu produktów spożywczych". Oczywiście dwie ulice dalej od Registanu powraca "normalny" Uzbekistan ze swoimi dziurawymi drogami, ledwo skleconymi stoiskami z owocami i parującymi studzienkami kanalizacyjnymi.

Trzy medresy Registanu - głównego placu Samarkandy, rywalizują między sobą o miano najpiękniejszej: medresa Ulugbeka (największego uczonego w Uzbekistanie na przestrzeni wieków), przyozdobiona mozaikami w kształcie gwiazd; medresa "lwia" - z wizerunkami lwów, które w rzeczywistości bardziej przypominają tygrysy (Islam zabrania wiernego przedstawiania żywych stworzeń) oraz stojąca pośrodku, złota medresa, której kopuła od wewnątrz pokryta jest złotymi listkami. Wszystkie one swoim dostojnym wyglądem przywołują pamięć o królestwie Timura i jego potomnych. Za Registanem na końcu ulicy Taszkienckiej znajduje się święte miejsce - wzgórze Afrosiab. Na jego zboczach rozciąga się cmentarz, zamknięty z

Wideo

polecane: Flesz: Koniec gorszego jedzenia - żywność w Polsce, jak na zachodzie.

Materiał oryginalny: Uzbekistan - "Hello, Bon-bon jest?" cz.2 (26.07.2010) - śląskie Nasze Miasto

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3