Wakacje w Batumi? Czemu nie! Gruzja zaprasza turystów ze Śląska

Most do Gruzji. Tanie latanie otworzyło nam drogę do Batumi z Katowic. Zobacz relację, zdjęcia i wideo z naszej podróży do tej kaukaskiej republiki.

Pierwsze zetknięcie z Gruzją... na lotnisku w Katowicach. Premierowy lot Wizz Air do Kutaisi został oprawiony gruzińską muzyką, tańcami i przystawką: bakłażanem z masą orzechowo - czosnkową. Zapełnimy prawie cały samolot. Są pary, rodziny z bardzo małymi dziećmi, grupka starszych turystów ale głównie młodzi ludzie z plecakami. Lot w dwie strony kosztuje kilkaset złotych. Tylko trzy godziny drogi dzielą Kutaisi od Tbilisi, stolicy kraju. Dwie godziny drogi i możemy wygrzewać się na plażach nadmorskiego kurortu Batumi. - Pyrzowice, to jedyny port regionalny w Polsce, który posiada takie połączenie - mówi dr Przemysław Nocuń ze Stowarzyszenia Społeczno Kulturalnego "Most do Gruzji", który pełni rolę gospodarza spotkania. - Jest coraz więcej Polaków, którzy się zakochują w tym kraju - dodaje Nocuń.

Batumi, ach Batumi

Ale zakochaliśmy się dużo wcześniej. O Tbilisi śpiewała Sława Przybylska, a o Batumi Filipinki. Ostatnio także Natalia Lesz, która jest ambasadorką Gruzji w Polsce i ma gruzińskie obywatelstwo. Teledysk do piosenki to w rzeczywistości film promocyjny miasta. Ale nie ma w nim przesady. Piosenkarka i celebrytka zdradziła, że chce nawet kupić mieszkanie w Batumi. Wcześniej zrobiła to już Katarzyna Pakosińska, znana artystka kabaretowa, która w Gruzji odnalazła swoją dawną miłość, a szeroki reportaż na ten temat opulikowała Gazeta Wyborcza. Anna Dziewit - Meller i Marcin Meller pobrali się w Gruzji, a później napisali książkę, która jest wyrazem ich fascynacji tym krajem.
∨ Czytaj dalej

Główne ulice w Batumi i Tbilisi noszą imię Lecha i Marii Kaczyńskich, naszemu prezydentowi poświęcono nawet specjalną pieśń. Gruzini nie zapomnieli, że odwiedził ich w czasie wojny z Rosją.
- Te stare piosenki powodują, że mamy sentyment do Gruzji. Kojarzy nam się z nadmorskim Batumi, ale to także majestatyczne góry, zabytki, spa i gorące jeziora. Można jeździć konno, na rowerze i spływać rzekami. Do tego ogromny autentyzm. Ale trzeba się spieszyć, bo świat się globalizuje, a Gruzja notuje kilkudziesięcioprocentowy przyrost turystów rocznie. Mam zdjęcie Batumi z 2006 roku, na którym jest tylko jeden wysokościowiec, a teraz jest ich tam ogrom. Deptak ma już kilka kilometrów, wzdłuż niego restauracje, kluby. Gruzini mówią, że mają dwie stolice: w Tbilisi i letnią w Batumi - mówi Nocuń. Rozdaje rozmówki polsko - gruzińskie i gruziński alfabet, w którym litery wyglądają jak pozwijane w różne kształty "makarony". Język kaukaski, nijak niepodobny do naszego. Mimo to aż 30 studentów z Gruzji uczy się polskiego na Uniwersytecie Śląskim. Żeby przyjechać do nas, potrzebują wizy. Nam do przekroczenia granicy wystarczy dowód, a do porozumienia z Gruzinami znajomość rosyjskiego.

Trzeba zrobić stół

Lot trwa niecałe trzy godziny. W Kutaisi, już nad ranem, wskazówki zegarków przesuwamy o dwie godziny do przodu. Na lotnisku witają nas świetna architektura, która jeszcze wiele razy nas tu zaskoczy, słoneczna pogoda (sezon jest tu od maja do września) i Mamuka Berdzenishvili z departamentu turystyki Adżarskiej Republiki Autonomicznej, partnerskiego regionu województwa śląskiego. Po drodze do Batumi mijamy charakterystyczne, gruzińskie domy i wałęsające się luzem krowy, jak w Indiach. Później zrozumiemy, że to dlatego gruzińskie sery są takie dobre. Te ich krowy wyglądają po prostu na wyjątkowo szczęśliwe.

To wizyta studyjna, dla dziennikarzy z Polski. Batumi mocno stawia na promocję w naszym kraju. Już jesteśmy tam jedną z najliczniejszych grup turystów, poza obywatelami sąsiednich: Ukrainy, Azerbejdżanu czy Turcji, którą od Batumi dzieli raptem kilkanaście kilometrów. Drugiego dnia będą nam deptać po piętach dziennikarze dwóch telewizji, publicznej i komercyjnej. Będą chodzili za nami krok w krok, do Adżarskiego Muzeum Krajoznawczego, ruin rzymsko - bizantyjskiej twierdzy w Gonio i Ajarian Wine House, w którym produkuje się unikalne, lokalne wino i serwuje je w towarzystwie tradycyjnych, domowych potraw. Sophiko Gotua, nasza przewodniczka z wydziału marketingu i promocji departamentu turystyki, tego samego dnia będzie oglądała nas w AjaraTV.GE. - Było świetnie - oceni.

Naszą wizytę w Batumi zaczynamy od jedzenia i na nim kończymy. W restauracjach króluje lokalne menu, a Gruzini jak nikt inny potrafią celebrować wspólne posiłki. "Trzeba by zrobić stół - mówią Gruzini. I dopiero kiedy go zrobią, pojmujemy, że tak naprawdę nic o ucztowaniu do tej pory nie wiedzieliśmy" - piszą o suprze Mellerowie. Supra to gruzińska uczta. Cały stół jest zastawiony jedzeniem. Najpierw wjeżdżają różne rodzaje lokalnych serów, pomidory i ogórki w orzechowym sosie, albo serwowane z pietruszką, cebulą i przyprawami. Dalej cała gama przystawek z sosami, grillowane mięsa i obowiązkowo chaczapuri, czyli placek z serem. Jego adżarska wersja ma kształt łódki i jest serwowana z jajkiem. Albo inna klasyka gatunku: chinkali, rodzaj pierogów wypełnionych gotowanym mięsem z przyprawami, z których najpierw wypija się aromatyczny rosół. No i najważniejsze: gruzińskie wina. Tradycja ich produkcji sięga w Gruzi siedmiu tysięcy lat wstecz. W każdym domu produkuje się też wino i wódkę czaczę do własnego użytku. Podczas supry kieliszki cały czas muszą być pełne. Zgodnie z tradycją, "tamada" wznosi toasty: za Boga, ojczyznę, rodziców, rodzeństwo, przyjaźń. Gaumardżos!

Czacza z fontanny

Batumi to miasto w budowie. Z tarasu naszego hotelu widzi my, jak w sąsiedztwie buduje się kilka kolejnych, w tym Hilton. Nie brakuje też nowych apartamentowców, które sąsiadują z niską zabudową starego miasta. Nad Batumi górują wieże Sheratona i Radissona, a tuż obok stanie (Donald) Trump Tower. Nowym symbolem miasta jest też strzelisty budynek, w którym pierwotnie miał się mieścić Uniwersytet Technologiczny, ale plany zmieniono i teraz będzie tu ratusz. A obok wije się 130 - metrowa Wieża Alfabetu w kształcie DNA, gruziński kod genetyczny i symbol narodowej dumy. Będą tu restauracja i studio telewizyjne. Pokój w Sheratonie kosztuje ok. 200 dol. za dobę, ale w położonym nieopodal hostelu za nocleg zapłacimy 20 lari (ok.40 złotych). Łaskawe dla naszego portfela są też miejscowe restauracje, nawet te eleganckie. Miasto można zwiedzać pieszo, albo na wypożyczonym rowerze. Miejscowi spędzają wolny czas na zielonych skwerach albo nad morzem, rozkładając ręczniki na kamienistej plaży.
W maju jeszcze leniwy, nadmorski bulwar, w lipcu i sierpniu zapełni się tłumem turystów. Jeszcze w tym sezonie uruchomiona zostanie kolejka linowa do punktu widokowego na wzgórzach. Jest delfinarium i zoo, w odległości kilkunastu minut jazdy stuletni ogród botaniczny, a kawałek za miastem malownicze góry. Jest też fontanna, z której raz dziennie, przez pięć minut, mocna czacza leje się równym strumieniem. Wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce?









Komentarze (0)

avatar

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!

Wybierz kategorię