18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Zaginione dzieci - Niezapominajki. Jak to możliwe, że znikają bez śladu?

  • Dziennik Zachodni

Grażyna Kuźnik

Klęska dla policji, zagadka dla detektywów, dla rodzin - koniec poprzedniego życia. Jak to możliwe, że w XXI wieku dzieci giną bez śladu? A może źle szukamy? Nie wyjaśniono przyczyn zaginięcia ani jednego dziecka, które zniknęło w naszym regionie w ciągu ostatnich lat. Służby liczą, że sprawy same się kiedyś wyjaśnią. Rodzicom dają namiar do jasnowidza - pisze Grażyna Kuźnik

Dzieci, które giną bez śladu w województwie śląskim, znikają zimą albo jesienią. Przepadają w miejscach, które nie są odludne, czasem na środku osiedla, przy głównej ulicy. Pochodzą ze skromnych rodzin, może były wcześniej obserwowane. Częściej giną dziewczynki.

Najmłodsza, Madzia, która zaginęła 24 stycznia w Sosnowcu na drodze między blokami przy ul. Legionów, ma pół roku. Sylwia z Zabrza w dniu zaginięcia miała 9 lat, Basia z Jastrzębia-Zdroju 11, a najstarsza, Iwonka z Tarnowskich Gór - 13. Łączy je jeszcze jedno - nie ma żadnych świadków. Nikt nic nie widział, nie słyszał, nikt się nie zgłasza, żeby po latach ujawnić tajemnicę. Może też policja nie wiedziała, o co pytać, co w takich sytuacjach powinno zaniepokoić ewentualnych świadków. Nie ma ciał.

Jak dorwę uciekinierkę!

Policja nazywa takie dzieci "trwale zaginionymi". Na świecie mówi się o nich - "niezapominajki". Niebieski kwiatek stał się symbolem pamięci o dzieciach, których los jest nieznany. To pomysł organizacji Child Focus z Belgii, skąd pochodził osławiony Marc Dutroux, skazany na dożywocie za dwa morderstwa i dziewięć porwań małych dziewczynek.

- Wiem, co czują rodzice Madzi - mówi Andrzej Wąsik, ojciec Iwonki, zaginionej prawie 10 lat temu. - Straszną bezradność. Znam to. Nie ma świadków, żadnej nitki, której można się uczepić. Ludzie, którzy może coś wiedzą, nie chcą mówić albo nie są pewni, że to ważne. To ściana, od której wciąż się odbijamy. Minęło 10 lat, nikt się nie zlitował, żeby nam powiedzieć prawdę.

Jak to możliwe, że można zniknąć w dzień z ulicy i policja nie ma żadnego wariantu wydarzeń? Jednej z matek zaginionego dziecka policjant wcisnął do ręki numer telefonu do jasnowidza. Przyznał, że nie widzi innego rozwiązania. Tylko jakieś siły nadprzyrodzone mogą pomóc wyjaśnić tę zagadkę. Sam chętnie by się od nich dowiedział, co stało się z dziewczynką.

Policjantom też puszczają nerwy. Inna matka usłyszała od funkcjonariusza, że jak tylko dorwie tę uciekinierkę, kiedy ta wróci, to dziewczyna sobie popamięta. Ale nie miał okazji dać jej nauczki, bo nigdy nie wróciła.

- Śledztwa w sprawach zaginionych dzieci zostały zakończone, ale policja nadal prowadzi swoje działania operacyjne - zapewnia podinspektor Andrzej Gąska, rzecznik prasowy śląskiej policji. - Niestety, nie ma żadnych nowych informacji, nie nastąpił żaden przełom. Nie wyjaśniono przyczyn zaginięcia ani jednego dziecka.

Poszukiwania są drogie

Okoliczności zniknięcia Kuby, Sylwii, Basi czy Iwonki są naprawdę zaskakujące. Śląska policja co roku poszukuje kilkadziesiąt dzieci i nastolatków, większość z nich jednak szybko się odnajduje. Zwykle małe dzieci są u krewnych albo tylko zabłądziły. Starsze próbowały ucieczek, nocowały u znajomych, chciały zobaczyć morze albo góry. Wracają, kiedy życie na gigancie staje się zbyt trudne.

Policja nie wzięła się od razu za poszukiwanie Iwonki, bo uważała, że dziewczyna uciekła z domu. 13-latkom to się zdarza. Rodzicom szybciej uwierzyli sąsiedzi, którzy znali rodzinę. Iwonka ma brata bliźniaka, była dobrym dzieckiem, pracowała jako wolontariuszka w schronisku dla zwierząt, nie miała podejrzanych znajomych. Zwyczajna, grzeczna uczennica. A nawet gdyby chciała uciec, to dlaczego bez swoich rzeczy, dokumentów, pieniędzy? Sąsiedzi, znajomi, mieszkańcy osiedla ruszyli ławą, przeczesując całą okolicę. Dopiero wtedy policja do nich dołączyła. Bez efektów.

Teraz, kiedy czasem rodzice dzwonią na policję, słyszą, że funkcjonariusze sami się do nich zgłoszą, kiedy będą mieli coś nowego o Iwonce. Ale się nie zgłaszają.

- Do poszukiwań dziecka potrzebne są duże pieniądze, nasze szybko się skończyły - mówi z rezygnacją ojciec Iwonki. - Detektywi kosztują, ulotki i plakaty również, jasnowidze sobie sporo liczą. Policja się zniechęciła, ludzie też, bo nie ma żadnych efektów. Zostaje czekanie,
Co spotkało Iwonkę? W październiku 2002 roku, o godzinie 14, szczupła 13-latka idzie osiedlową ulicą w Tarnowskich Górach. W plecaku niesie zupę ze stołówki dla mamy. W domu było skromnie. Iwonka ma na sobie dżinsy i granatową bluzę, długie włosy związała w kucyk. W pobliżu parkingu, między ulicami Włoską a Francuską znika. Centrum osiedla Przyjaźń, pogodny dzień. Nikt nie zauważył niczego podejrzanego; porwania, przepychanek, żadnych zaczepek. Iwonka nagle jakby się zdematerializowała. Policja nie trafiła na żaden ślad.

- Nigdy nie uciekała z domu, nie wychodziła bez pytania - zeznawała matka. - Spotkałam ją na godzinę przed zaginięciem, na ulicy blisko naszego bloku. Iwonka je obiady w stołówce i zapytałam ją, czy może przyniosła mi zupę w słoiku. Jestem listonoszem, nie zdążyłam tego dnia nic sobie ugotować, a wieczorem musiałam pracować. A ona powiedziała, że zapomniała. I poszła po tę zupę do stołówki. Już nie wróciła.

To była chwila moment

Najpierw jednak zniknął bez śladu 4-letni Kuba Jaworski. W styczniu 1999 roku bawił się przed domem w Szopienicach. Dostał akurat lizaka i czekoladę, obcy człowiek chyba nie zwabiłby go na słodycze. Nie minęło pół godziny, gdy wszyscy stracili dziecko z oczu. Była może czwarta po południu. Dzielnica, gdzie mieszkał Kubuś, jest biedna. Pełna familoków i ruder, ale w nieszczęściu ludzie sobie pomagają. Kuby szukała cała dzielnica. Przeczesano strychy i piwnice, wszystkie wertepy i zakamarki, rzekę. Chłopiec przepadł jak kamień w wodę.

Podejrzewano ojca, który jednak wtedy siedział w więzieniu. Wyszedł dzień po zaginięciu Kuby. - To był mój pierworodny, urodził się w prezencie na moje imieniny. Byłem taki szczęśliwy, kochałem go - zapewniał mężczyzna. Uwolniono go od podejrzeń. Nie wiadomo, co stało się z chłopczykiem.
Rodzina się rozpadła. Sąsiedzi mówią:

- Matka Kuby wyprowadziła się stąd, była załamana. Nie powiodło jej się. Było im ciężko, zdaje się, że dzieci trafiły do domu dziecka. Bo Kuba miał brata i siostrę. Jak zaginął, to im się wszystko rozwaliło.

Jeden z lokatorów uważa, że jednak ktoś coś musiał wiedzieć, ale nie chce mówić.

- Ludzie wolą się nie wychylać, tak ich tu życie nauczyło - mówi starszy mężczyzna. - Ja myślę, że podjechał samochód, albo gdzieś czekał w pobliżu, było zamówienie na chłopaka i po wszystkim. To była chwila moment. Taki z samochodu wie, które dziecko podejść. Wybiera te bez opieki.

W tym samym roku, w listopadzie, zaginęła Sylwia Iszczyłowicz. Wyszła na wieczorną lekcję religii, ale spóźniła się i nie wiedziała, gdzie przeniosła się grupa. Wracała ulicą Wolności w Zabrzu, mieszkała pod numerem 170. Widziano ją około godz. 19 zaledwie 150 metrów od domu i nagle - nie ma jej. Detektyw Krzysztof Rutkowski uznał, że to jedna z najbardziej tajemniczych spraw, z jakimi się zetknął. Dziecko na ruchliwej ulicy znika bez śladu. Jeśli to był porywacz, to działał fachowo i błyskawicznie. Może miał wprawę.

Przez całe lata nie nadszedł żaden sygnał, który mógłby wyjaśnić los dziewczynki. Sławny jasnowidz powiedział, że chciałby się mylić, ale Sylwii już nie ma. Widział ją gdzieś przy budowach, pod deskami, nad wodą. W Polsce, może za granicą? Nie wiadomo. Matka, samotnie wychowująca Sylwię i dwóch jej małych braci, latami dochodziła do siebie. Starała się tylko dlatego, że miała synków.

I na tym trop się urwał

Matka Sylwii zmieniła mieszkanie; nie musi już patrzeć na ulicę, która zabrała jej dziecko. Mieszka w spokojnej dzielnicy, wychowuje synów. Przyznaje, że po zaginięciu córki poświęcała im za mało czasu, potem bardzo chciała to nadrobić. Trudno uwierzyć, że dzisiaj jej córka miałaby 22 lata. Matce zostały jej sukienki, dobre dla 9-latki.

Jeden z synów nie pamięta siostry, ale z drugim można ją wspominać. Tylko ostrożnie, tak, żeby znowu nie wpaść w czarny dół. - Nie mogę ciągle cierpieć, bo to się dzieje kosztem moich synów - tłumaczyła. - Chłopcy chcą się ze mną śmiać, żartować, żyć normalnie. Smutek chowam dla siebie. Bo niczego nie zapomniałam.
Basia Majchrzak z Jastrzębia-Zdroju miała 11 lat, kiedy w lutym 2000 roku pożegnała się z mamą, włożyła tornister na plecy i poszła do szkoły. Nigdy tam nie dotarła. Rozpłynęła się w powietrzu razem z plecakiem i workiem z butami na zmianę. Nie odnaleziono ani jej, ani jej rzeczy.

Blondyneczka z burzą loków dla policji jest jak wyrzut sumienia. Pytanie, co można było jeszcze zrobić w jej sprawie, pozostaje otwarte. Rodzina skarżyła się, że policjanci przyszli z psami na drugi dzień, kiedy nie było już śladów. Psy kręciły się w kółko. Tak samo było z poszukiwaniami Basi.

Kierowca autobusu zgłosił po kilku dniach, że chyba widział Basię w towarzystwie mężczyzny koło pięćdziesiątki, wysiadali w Wodzisławiu. Na tym trop się urwał. I odtąd cisza.
Półtora roku po zaginięciu na policję zadzwoniła dziewczyna o bardzo zmęczonym głosie i powiedziała, że jest Basią Majchrzak, mieszka u Darka. Namierzono, że telefon jest z okolic Radlina. Nic ponadto nie dało się ustalić.

Porywacz prawie jak inni

Basia odwiedza czasem rodzinę, we śnie. Jakoś zawsze tak stoi w pobliżu wody.

- Śniła mi się kilka razy, nic nie mówiła, taka smutna stała nad jeziorem - mówił ojciec.
Rodzina była w proszku. Nie spali, nie jedli, matka tylko: lekarstwa, kawa, papieros. Ale trzeba było się ogarnąć, bo została jeszcze trójka dzieci. Nie wiedziały, co robić, jak pomóc sobie w tęsknocie za siostrą i rodzicom w żalu. Wszyscy poszli na terapię do psychologa.

- Rodzina nie wie, jak poradzić sobie z tak wielkim cierpieniem - tłumaczy psycholog dr Renata Rosmus. - Dzieci giną rzadko, rodzinna tradycja nie przekazuje, jak się wtedy zachować. Gdy umiera babcia, są ceremonie, które łagodzą ból. Kiedy ginie dziecko i nie wiadomo, co się z nim dzieje, to rozpacz nie mija. Ale w końcu trzeba się uspokoić, bo życie byłoby nie do wytrzymania - dodaje.

Zwierzenia porwanej jako dziecko Austriaczki Nataschy Kampusch robią wrażenie na rodzinach zaginionych dzieci. Ona się przekonała, że otoczenie pełne jest wariatów, którzy wyglądają jak inni, ale żyją we własnym, chorym świecie. Jej porywacz Wolfgang Priklopil świetnie wtapiał się w środowisko. Miał dom, znajomych i krewnych. Kiedy schodził do bunkra, był królem i miał swoją niewolnicę. Wmawiał jej, że nikt jej nie pomoże, nikt jej nie szuka. A sąsiedzi nigdy nie zauważyli, albo nie chcieli zauważyć, niczego podejrzanego.

Co się dzieje z porwanymi dziećmi? Może mógłby coś o tym opowiedzieć chłopczyk, którego zwłoki znaleziono w stawie koło Cieszyna. Policja nadal nie wie kim był i co się z nim stało.

Wideo

polecane: Flesz - Asteroida zabójca

Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3