Miłość do drugiego człowieka i empatia, której wcześniej nie doświadczyłam

Partnerem cyklu jest Dowództwo Wojsk Obrony Terytorialnej
Wojska Obrony Terytorialnej angażują się w zwalczanie COVID-19 na terenie Polski. Żołnierze pomagają w punktach pobierania wymazów, szpitalach czy domach pomocy społecznej. Jedną z nich jest Katarzyna Gąsiorek. Pielęgniarka ze Śląska, która swój pierwszy kontakt z terytorialsami miała właśnie podczas akcji w DPS-ie i od tego czasu nie wyobraża sobie życia bez munduru.

Z zawodu jest Pani pielęgniarką. Nie jest to łatwa praca.

Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Tak, dotychczas pracowałam na bloku operacyjnym, asystowałam podczas operacji i zajmowałam się opieką okołooperacyjną pacjenta.

Gdzie znalazła Pani siły, żeby po godzinach zakładać jeszcze mundur terytorialsa?

Z Wojskami Obrony Terytorialnej zderzyłam się podczas akcji w Domu Pomocy Społecznej w Czernichowie. Trafiłam tam jako pielęgniarka, decyzją wojewody. Na miejscu poznałam wielu wspaniałych żołnierzy i nawiązała się między nami dość specyficzna relacja, więź, której nie sposób wyrazić słowami. Nie wyobrażałam sobie, żeby po tym wszystkim terytorialsi mogli zniknąć z mojego życia. Praca w tak trudnych warunkach, do czego dochodzi stres i przemęczenie, zbliża ludzi. Pragnęłam dalej z nimi współpracować i czerpać satysfakcję z tego, co razem robiliśmy.

Czyli chęć zaangażowania w WOT pojawiła się całkiem niedawno, bo wiosną.

Tak. To był dla mnie zupełnie nowy świat. Praca w służbie zdrowia jest nastawiona na to, żeby przy pomocy wiedzy i doświadczenia pomóc pacjentowi, wyprowadzić go z choroby, postawić na nogi.

W DPS-ie doświadczyłam zupełnie innej formy pomocy. Terytorialsi, z którymi współpracowałam, nie mieli profesjonalnej wiedzy i doświadczenia. Mieli za to coś bardzo ważnego, czyli empatię, miłość do drugiego człowieka i chęć do bezinteresownej pomocy, której nigdy wcześniej nie doświadczyłam. To coś niesamowitego, czego brakowało mi w codziennej pracy. Ich zaangażowanie nie wynikało z korzyści finansowych czy poleceń szefa, tylko z własnych chęci i wyboru, aby wyciągnąć rękę do drugiego człowieka.

Jak dalej przebiegała Pani droga do służby?

Nie była ona łatwa. Choćby ze względu na to, że jestem kobietą, a musiałam przejść normalne szkolenie, takie jak każdy żołnierz. Momentami było bardzo ciężko, ale mam w sobie dużo siły i zaparcia, więc udało mi się zaliczyć cały 16-dniowe szkolenie.

Codziennie rano budził nas okrzyk i trzeba było się zbierać do ćwiczeń. Uczyliśmy się rzeczy praktycznych, takich jak czołganie i obsługa broni. Bardzo ważna była fizyczność, ale nie tylko. Sporo czasu poświęciliśmy wykładom teoretycznym, aby jak najlepiej przygotować się na wypadek zagrożenia i wiedzieć, jak nieść pomoc ludziom.

Jako pielęgniarka otrzymałam stanowisko starszego ratownika. Poruszanych było wiele kwestii medycznych, ale pod kątem pracy w terenie, na polu walki. To zupełnie inna bajka niż w szpitalu. Mamy ograniczony sprzęt, możliwości, a przede wszystkim czas. Trzeba nauczyć się wykorzystywać wyobraźnię i na bazie wiedzy oraz doświadczenia wypracowywać przeróżne rozwiązania.

Wszystko zakończyło się egzaminem. Później pojechaliśmy na przysięgę, gdzie otrzymaliśmy status żołnierzy ochotników w stopniu szeregowych. Teraz mamy możliwość uczestnictwa w szkoleniach lub kursach oficerskich dla osób, które chciałyby się mocniej zaangażować. Spotykamy się raz w miesiącu. Wszystko zaczęło się dość gwałtownie, od wymagającego szkolenia podstawowego, ale później można się już spokojnie rozwijać i szkolić.

W ostatnim czasie pomagała Pani w Domu Seniora w Jaworznie.

Tam już reprezentowałam WOT. Od początku wiedziałam, że znajduję się w zespole, który może w każdej chwili spodziewać się telefonu, że trzeba będzie spakować torbę i jechać. W tej grupie znajdowały się osoby, z którymi już wcześniej współpracowałam, więc potrafiliśmy sobie zorganizować pracę, wyznaczać zadania i zakres obowiązków. Dobrze się znaliśmy i wiedzieliśmy, co mamy robić.

Jaka była Pani rola?

Moja rola była typowo pielęgniarska. Odpowiadałam za podawanie leków, pomiar parametrów życiowych pacjentów i interwencje w przypadku nagłego załamania stanu zdrowia. Koordynowałam też prace osób, które zajmowały się higieną i karmieniem pacjentów.

Kryzysowe były sytuacje, kiedy dochodziło do załamań stanu zdrowia. Mieliśmy ograniczone środki i kontakt ze światem, ponieważ w szpitalach brakowało miejsc. Wiedziałam, że nie mogę zadzwonić po karetkę, bo nawet jeśli ta przyjedzie, to pacjenta nie będzie gdzie zawieźć. Musiałam robić wszystko, aby przywrócić go do zdrowia.

Praca z pacjentami covidowymi rządzi się swoimi prawami.

Najgorszy był utrudniony kontakt. Żeby pomóc pacjentom, trzeba ich poznać, czyli rozmawiać i obserwować, a to wymaga czasu. Tutaj czas był najgorszym wrogiem. Im dłużej przebywaliśmy na obiekcie, tym większe było ryzyko, że zakazimy się koronawirusem, że coś pójdzie nie tak. Czas przebywania z pacjentami trzeba było ograniczyć do minimum. Kombinezony i wszystkie pozostałe zabezpieczenia bardzo utrudniały pracę, ponieważ pacjenci nie mogli nawiązać z nami relacji. Nie patrzyli na nas jak na ludzi, ale jak na jakieś dziwne postacie. Musimy pamiętać, że to osoby starsze, które były w szoku, że coś takiego w ogóle się dzieje. Nie mogły tego zrozumieć i przyjąć do wiadomości. Już na wstępnie nie traktowali nas jak pielęgniarki, ale osoby, które pojawiły się nie wiadomo skąd. Jak mieli nabrać do nas zaufania?

W przypadku osób z demencją i innymi zaburzeniami współpraca jest bardzo utrudniona, a już samo założenie wenflonu staje się wielkim problemem. Wiele rzeczy trzeba było robić na siłę. Mokre wewnątrz od potu rękawiczki, zaparowane okulary, przez które nic nie widać, to jest zupełnie inna praca niż przed pandemią.

Im dłużej tam przebywałam, tym lepiej rozumiałam, jak COVID się rozwija, jak atakuje. Potrafiłam wyczuć zbliżające się momenty krytyczne i wtedy wiedziałam, że muszę bardziej zająć się danym pacjentem. Robiłam wszystko, aby uratować ludzkie życie. Mimo to widziałam potworne załamania. Ludzi, którzy przelewali się przez ręce. Nic nie pomagało. Widziałam śmierć.

Nie bała się Pani, że zostanie zakażona? Myślę nie tylko o strachu o siebie, ale również o bliskich.

W tamtej chwili o tym nie myślałam. Sytuacja była na tyle stresowa, że takie myśli, strach, trzeba było zepchnąć na drugi plan, żeby nie zwariować. Nie mogłam myśleć takimi kategoriami. Miałam jeden cel, aby pomóc pacjentom. Dopiero po zdjęciu kombinezonu mogłam się zastanowić, czy wszystko zrobiłam dobrze, czy mogę teraz wyjść do ludzi i mieć pewność, że jestem „czysta”.

Zresztą to nie było tak, że osobę zakażoną ktoś wysłałby do domu. W takim przypadku można było pójść do izolatorium. Poza tym na miejscu otaczali mnie ludzie, co do których miałam pewność, że w razie potrzeby wezmą mnie pod opiekę. Wiedziałam, że nawet jeśli stanie się coś złego, to nie byłam sama.

Mimo wszystkich środków bezpieczeństwa w momencie naszej rozmowy przebywa Pani na kwarantannie.

Po akcji w DPS-ie wszyscy trafiliśmy na kwarantannę, aby mieć pewność, że jesteśmy zdrowi. Pobrano od nas wymazy, które nie wykazały żadnych zakażeń. To tylko dodatkowe zabezpieczenie.

Wróciła Pani do rodziny. Jak połączyć pracę, służbę i rolę matki?

To nie jest łatwe, ale wykonalne. Mam dwoje dzieci, które uczestniczą we wszystkich moich działaniach. Opowiadam im historie, oczywiście te, które są dla nich odpowiednie. Wiem, że są ze mnie bardzo dumne i cieszą się z tego, co robię. Kiedy wracam do domu, wiedzę radość w ich oczach.

Rośnie we mnie nadzieja, że wzbudza to w nich empatię oraz dobro i w przyszłości będą miały serca otwarte dla innych. Poświęcam im maksymalnie czas spędzony w domu, a podczas działań oczywiście mieliśmy kontakt telefoniczny. Są też moje siostry, które bardzo mi pomagają i poświęcają swój czas, którym serdecznie dziękuję.

Czy jeśli nadarzy się okazja, to znowu ruszy Pani do akcji?

Myślę, że tak. Jeśli uda mi się zabezpieczyć dom i rodzinę, wtedy z lekką głową będę mogła znów ruszyć do akcji. W tej chwili marzy mi się praca w szpitalu polowym. Mamy ciężki czas i moim zadaniem, a także wszystkich innych osób, które mają doświadczenie medyczne, powinno być niesienie pomocy. Musimy się wykazać, bo jeśli nie teraz, to kiedy?

Zostając pielęgniarką wiedziałam, że przyjdzie taki moment, kiedy ludzie będą potrzebować mojej pomocy. Wiedziałam, że będzie trzeba im poświęcić czas, być może zdrowie. Byłam na to przygotowana.

Dodaj ogłoszenie